sobota, 30 stycznia 2016

falafel.










wegetarianizm jest ostatnio bardzo na topie. tak bardzo antypolsko. trendy. łałałiła.
rower też mam, ale nie jeżdżę. leniwa jestem...

od ponad roku nie jemy mięsa. ja z wilkiem. dziecia karmimy mięsem bio, które kosztuje milion monet za kotleta, ale przynajmniej nie capi jak to, które kiedyś zajadałam ze smakiem...
w ciąży zaczęłam ograniczać, nie śmierdziało mi, po prostu nie miałam ochoty. wolałam nutellę (sic!). jak zaczynasz jeść mięso raz w tygodniu, to każdy kolejny raz jest gorszy. zwłaszcza jak oszczędzasz i kupujesz co ci sieciówka wsadzi do lodówek. przestało nam smakować. sama nie wierzyłam!
dorzuciliśmy filmy z rzeźni i farm, gdzie degeneruchy wyżywają się na zwierzętach w najlepsze, albo sam fakt, że zwierzęta są traktowane jak produkt, a nie żywe, czujące istoty. fakt jak bardzo zwierzaki są faszerowane chemią i antybiotykami. i stykło. szlus.

dziś wrzucam przepis na falafel, danie arabskie. wegańskie. pyszne z sosami i normalnymi dodatkami obiadowymi jak ziemniaki, ryż czy kasza. wszystko utopić w sosie i zajadać z surówkami. można też jeść go jak kebaba w bułce z sosami i warzywami, w berlinie jest to bardzo popularne.

FALAFEL
500g ciecierzycy (moczyć co najmniej 12h, a najlepiej dobę)
1-2 cebule
2-3 ząbki czosnku
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka kolendry (zmielić ziarenka)
1 łyżeczka mielonego kminu
szklanka posiekanej pietruszki (lub kolendry)
pół łyżeczki pieprzu
pół łyżeczki pieprzu cayenne
pół łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżka soku z cytryny (ale nie polewajcie nim sody, bo zacznie gazować)
ok. 4 łyżek kukurydzy (można pominąć, aczkolwiek podpatrzyłam pomysł u znajomego kurda i są smaczniejsze)
pół łyżeczki kurkumy (można pominąć)
ok. pół szklanki wody z moczenia ciecierzycy.
olej do smażenia

wszystko wrzucić do malaksera i zmielić na papkę, im mniej ziarnista tym lepiej, ale też nie na totalnie gładką masę. można blendować ręcznie.
później formować(najwygodniej z użyciem łyżki, aczkolwiek klasycznie robi się kulki) i smażyć na dobrze rozgrzanym oleju na złoto-brązowy kolor.

świeżo usmażone falafele są "suchawe", im dłużej leżą tym bardziej. są pyszne z sosem czosnkowym. można je też piec w piekarniku, bez tłuszczu, ale wtedy są już naprawdę suche i bez sosu ani rusz.

warto spróbować. smacznego!

piątek, 29 stycznia 2016

dzieć w krainie kocich zabójców.






najpierw była henia. kotka czarno-biała, przyniesiona z działek w listopadowy dzień, po tym jak wgramoliła się na kolana mojej mamy i ani myślała zejść. mieliśmy jej szukać domu, no cóż, znaleźliśmy.

henia napisała ze mną magisterkę, potem poczekała chwilę aż znaleźliśmy mieszkanie i dołączyła do nas w Berlinie, żeby z balkonu gapić się na króliki hasające pod blokiem. potem się przeprowadziliśmy do wciąż małego, ale już większego mieszkania, które nie było oklejone wykładziną w każdym możliwych miejscu. 
zaczęłam myśleć o zostaniu mamą, ale jak wiadomo, kiedy planuje się takie rzeczy żaden moment nie jest dobry.  dopiero co straciłam pracę w hotelowym kołchozie, byłam na zasiłku i chodziłam na kurs niemieckiego, żeby przestać robić za polskiego niemotę. faktycznie wymarzony moment na dzieci! ale zanim dziecko to jeszcze drugi kot. jak szaleć to szaleć.

benię wypatrzyłam na facebooku. dom tymczasowy szukał dla niej dobrego domu. nie wiedziałam czy mój jest dobry, ale czułam, że to kot dla mnie. pojechaliśmy najpierw ją poznać, sądziłam, że tak wypada. nie uciekała, przytuliła się. wpadłam. miesiąc później wracałam drugi raz ze szczecina, tym razem z kotem pod ręką. 
henia dowiedziała się, że będzie miała rodzeństwo, szkoda, że ja się nie dowiadywałam jak to powinno przebiegać, bo benia po prostu wyszła z kontenerka na środku pokoju i henia nie mając nic innego do roboty zaczęła na nią prychać. trochę trwało nim zaczęły się tolerować, chwilami mamy nawet wrażenie, że trochę się lubią.

ponieważ moment na dziecko nigdy nie jest właściwy, to pomyślałam, że tu i teraz też jest ok. i pykło.
zaczęło się. tyrada o toksoplazmozie. mordercze koty, które duszą dzieci, przegryzają krtań, wysysają duszę, etc. lepszych historii nie mieli nawet w modzie na sukces! kłaki! bakterie! olaboga!

jak pytałam czy wiedzą czym jest toksoplazmoza to ciężko było z odpowiedziami choćby zbliżonymi do faktów, ba... problem był nawet z nazwą. "dotkniesz kota i dziecko urodzi się ślepe". "w kociej kupie są jajeczka i one cię zarażą". i tego typu historie. trochę tak i wiele nie.
w każdej bujdzie jest ziarno prawdy i jeśli interesują was rzetelne fakty, oparte toną fachowej literatury to odsyłam was do artykułu łucji lange. 
a sama w skrócie mogę wam napisać tak: 
aby zarazić się toksoplazmozą od kota trzeba spełnić wiele warunków, szybciej wygracie w totka. kot choruje na tokso raz w życiu, ale wcale nie musi. trafcie na takiego, oho. potem taki kot robi kupsztala, w którym są oocysty, ale i one jeszcze nie zarażają, potrzebują określonych warunków i kilku dni do inkubacji. czy w jakimś domu kupa leży dłużej niż kwadrans? u nas wyrzucamy po minucie, bo już nie ma czym oddychać... możecie też zjeść chorego kota w wersji sushi, ale po co. szybciej znajdziecie tokso w niedopieczonym mięsie, albo źle umytych warzywach lub owocach. serio. odwalcie się od kotów. 

co jeszcze te straszne koty miały robić dziecku? zadusić. ciemną nocą. zakradając się na paluszkach. znam też wersję z wpychaniem ogona do buzi! to był hit. rozumiem obawy niektórych, ale patrzyłam na swoje koty i widziałam, że one też je mają, więc jeśli kładły się na dziecku to zawsze tylko na nóżkach, albo najlepiej jednej. tak tylko, żeby być blisko. mam wrażenie, że koty traktują małych ludzi jak kocięta. pobłażliwie, z dużą tolerancją na ciągnięcie ogona.

kłaki to w ogóle temat śmieszny. po to mam odkurzacz, a nawet dwa, żeby nie stanowiły problemu. po wielu latach ze zwierzętami w domu widzę każdy kudeł, który zjadam. jeśli jakiś jest w okolicach buzi dziecka to go usuwam. a nawet jak kilka zje to co? mam przecież pastę na odkłaczanie, a od święta siejemy owies. nic jej nie będzie!

bakterie traktuję trochę serio, a trochę nie. i to nie przeważa. znam dzieci wychowane w sterylnych warunkach. mają kartę stałego klienta w szpitalu. na co to komu? sami buziaczkami dajemy młodym ludziom więcej "życia wewnętrznego" niż nieszczęsny kot czy pies wniesie kiedykolwiek na łapach czy w pyszczku.

kiedy dzieć podrasta zaczynają go interesować "pieszczoty" biegających maskotek. raz się tuli delikatnie, tak, że człowiek się rozpływa. innym razem łapie kudły w garść i nie chce puścić. tłumaczę kotom, żeby z nią pogadały po kociemu, ale nie chcą. wolą drzeć ryja i uciekać. interweniuję tak szybko na ile pozwala mi moje powolne ciało. rozdzielam. tłumaczę. kogo tu trzeba chronić? dziecko przed kotami? serio? a wiecie co jest najśmieszniejsze? niby te mściwe wąsate istoty takie wredne, fochy co chwilę. garstka sierści w małej dłoni, kot wzburzony odskoczy, ogarnie, jeśli sięgnie językiem I WRACA. kładzie się na wyciągnięcie ręki. ja nie wiem co z nimi. ja bym walnęła focha i poszła spać na szafę. czasami tak robią, ale częściej zostają niedaleko. lubią dziecia. 
ważne, żeby kot miał awaryjną drogę ucieczki, jakieś półki na wysokości, szafa, na której nikt go nie dosięgnie. wiecie rozumiecie.

jasne, są koty, który tracąc w domu status gwiazdy pierwszego planu po prostu się obrażają. one są jak ludzie, więc wszystko jest możliwe. ale wciąż nie robią dzieciom krzywdy same z siebie. nie będzie między nimi wielkiego LOVE, ale mogą żyć razem. no problemo.

jedno potwierdzam, jest więcej do roboty, bo koty są jak dzieci, trzeba nakarmić, posprzątać... często są też wkurwy o to, że potrzebujemy ciszy, żeby uśpić dziecko, a tu zza rogu wybiegają dwa koto-konie w pełnym galopie, obijają się o meble, rumor aż miło. i co rozbudza dziecko? nie to kocie walenie o wszystko tylko moje, pełne miłości syczenie, że mają się wynosić!


nie wiem o co to halo. czemu schroniska pełne. czemu ludzie oddają kota, bo ciąża w domu i zagrożenie cholera wie czym? ludzie, którzy szerzą takie bzdury chyba bardziej zagrażają, bo głupota bywa zaraźliwa...
z igły widły. wszystko jest do ogarnięcia, a plusów przebywania ze zwierzętami jest mnóstwo, wszystkich nie zdołam wymienić, ale kilka nasuwa się na poczekaniu. 
dziecko wyrośnie na empatyczną istotę, pod warunkiem, że pokażecie mu jak je prawidłowo traktować, bynajmniej nie z kopa. lepsza odporność! ha! jeśli nie ma rodzeństwa, to zupełnie jakby je miał. jeśli trafi się chwila nudy to zaraz nawinie się jakiś kot, jakaś wędka z piórkami. w temacie zwierząt można mieć masę różnych zainteresowań, a nuż wyrośnie weterynarz, zoolog, albo hafciarka specjalizująca się w kocich motywach? 

nie odbierajcie tego dzieciom. 

henia & henia blogują od dawna na facebooku. <- zapraszam.

wstępne słowo wstępu.

czy wszystkie pierwsze posty muszą być o tym, że ojej, pierwszy post?
zaczynam pisać. potrzebuję tego. 

mam na imię justyna. z rodziną mieszkamy w berlinie. przyjechanie tu było ryzykowne ktoś nam powiedział, a jednocześnie zadokowaliśmy na tyle stabilnie, że jakoś wszystko się kręci. początki były nerwowe, tak bardzo, że przez pierwsze dwa lata miałam w żołądku węzeł. ot taki, co ściska jak mijasz znajome okolice bojąc się spotkać wroga... bo ja szczerze się bałam.  

moja rodzina to córka, mąż i dwie kotki. nie wiem jak określić tematykę tego bloga, bo jeśli ma być o moim życiu, to będzie o wychowywaniu dziecia(jakoś wolę to słowo), o kotach, o gotowaniu, o szydełkowaniu i pitoleniu dla samego pitolenia. czasem trzeba z siebie wywalić pewnie sprawy. na obcych łatwiej wylewa się mieszanki wybuchowe, nie żebym miała być terrorystką. moja składnia w zdaniu od zawsze jest dziwna, więc się nie dziwcie. ale jak ktoś przywyknie to potem może rozpoznać moje anonimowe maile. tak jak kiedyś wysłałam na wspólnego maila całego roku politologii odezwę, żeby kujony osoby pilne i przejęte swoją edukacją dzieliły się notatkami, bo wtf, ale piwo samo się nie wypije, a skoro oni i tak już poszli na te wykłady, to czemu nie mogą się podzielić? także tak...

mam ochotę opowiedzieć o naszych emigracyjnych początkach. o moich kotach i ich relacji z dzieciem, o których i tak już opowiadam, ale to mało, bo temat boli wiele osób, które są "fuj! fuj, kot w domu zaraz zamorduje ci potomka"... o wegetarianizmie, który wkradł się w nasze życie i chyba już w nim zostanie. o odnalezieniu pasji, tudzież hobby, jak zwał tak zwał, w późnym wszak wieku, bo mając 28 lat. chciałabym poruszyć pewne kwestie wychowawcze, jak wiadomo każdy rodzic wie najlepiej, każde dziecko jest inne i w ogóle odwalcie się wszyscy, ale to jak sama traktuję moją córkę jest odwrotnością tego jak traktowana byłam ja i mam wielką nadzieję, że zyska tym samym pewność własnej wartości, nie musząc się co chwilę pytać czy to co zrobiła jest fajne, bo będzie o tym wiedziała. 
nie będzie to blog tematyczny, bo ja mam za dużo do powiedzenia, a kilku blogów nie ogarnę. poza tym lubię robić wiele rzeczy za jednym zamachem, żeby nie marnować czasu, który mogłabym wykorzystać na marnowanie czasu. 
zamulać nie zamierzać, ale nie wykluczam, że będę... ;)