sobota, 27 lutego 2016

brawo bij w teatrze, a nie dziecku.

zastanawialiście się skąd w was potrzeba piania z zachwytu nad dzieckiem? bicia mu brawo? skąd przekonanie, że was nie chwalono? czujecie, że brakuje wam czyjegoś uznania, więc wy zalejecie potomka lukrowanym potopem słów?

dochodzę do wniosku, że nad nami też tak się rozpływali, jak cudownie zjadamy marchewkę, jak najpiękniej narysowaliśmy trzy kreski itd. i nagle szlus. w pewnym wieku dziecko przestaje słyszeć chwalebne pieśni o jego niezwykłych-zwykłych dokonaniach. ale ono wtedy już ich oczekuje, bo zostało nauczone, że jest ciągle oceniane. dziecko zaczyna rysować dla rodzica, nie dla siebie. to wam ma się podobać ich rysunek, nie im. zatem przynoszą wam pod nos kolejne dzieła i słyszą jakie ładne. i cześć. 

zastanawialiście się nad tym, że czujecie się niedocenieni? jako dzieci wiecznie oceniani, chwaleni, za efekty swojej pracy oczekujecie tego w dalszym życiu. brak pochwały od szefa nagle staje się naganą. nigdy nie przeleciało przez głowę, że coś jest nie halo? a co gorsza, że nabawiliście się tego we wczesnym dzieciństwie? a co najgorsze, że serwujecie to swoim dzieciom?

a co jakby tak zacząć doceniać trud dziecka, a nie efekt jego pracy. nie oceniać wizualnie, tylko zagłębić się w to co chciało uzyskać? moja córka mając półtora roku rysowała coś w towarzystwie babci. autentycznie narysowała 4 kreski, a w tym czasie babcia powiedziała 12 razy (stałam i liczyłam...)"jakie śliczne, piękne, jak ładnie" itd. PO CO? kiedy zwróciłam na to uwagę, odpowiedziała, że przecież wszyscy tak mówią do dzieci. PO CO? bo tak. eee?



milczenie w towarzystwie dziecka naprawdę jest ok. uwierzcie. nie trzeba cały czas mielić ozorem. 
jak już musicie coś powiedzieć, to zastanówcie się głośno co rysuje, co chce przekazać, pewnie coś czuje i próbuje to przelać na papier? jeśli potrafi mówić zapytajcie co narysowało, nie trzeba komentować każdego zdania, wystarczy zwykłe "mhm", a dziecko samo wyleje z siebie co ma do powiedzenia. jeśli nie potrafi mówić, to pozgadujcie co jest ukryte w chmurce kresek, ale nie chrzańcie jakie to śliczne. dzieci czują, że to słowa wyrzucone na odlew, ot, bo wypada coś palnąć. jednocześnie są regularnie oceniane, co sprawa, że staje się to dla nich normą, a to z kolei zabija w nich kreatywność, radość z robienia czegoś dla zabawy. DLA SIEBIE. robią to dla kilku słodkich słów, które nic nie znaczą. 
niechcący sprawiacie, że wasze dziecko będzie miało niskie poczucie własnej wartości. nawet widząc, że narysowało coś najcudowniej na świecie będzie czekało, aż ktoś to potwierdzi!




kolejnym przykładem może być jedzenie. dziecko zjada kawałek ziemniaka i rozlegają się brawa? "jak ładnie jesz Lenusiu"! i tak w kółko! skoro to dla babci normalne, to w czasie obiadu patrzyłam jak babcia je i mówiłam: "ślicznie babcia je. a ten kąsek babcia zostawia? a za Lenusię babcia nie zje? nooo! braaawoooo! to teraz jeszcze jeden! noooo jak ładnie!" wydaje się to bzdurne wobec dorosłego, a dlaczego wobec dziecka nie? dzieci wiedzą kiedy są głodne, nie trzeba im trajkotać, a przy okazji oceniać techniki przeżuwania. bywają dni, iż jestem przeszczęśliwa, że jedzenie znika z talerza, ale wciąż powstrzymuję się od "jak ładnie jesz!". jak już muszę coś powiedzieć to stwierdzam, że musi jej smakować. a potem się zamykam. niech je w spokoju. wy chyba też lubicie spokój w czasie jedzenia? milczenie w towarzystwie dziecka naprawdę jest ok.



powiecie: przecież teraz są takie czasy, że na każdym kroku jesteśmy oceniani, musimy walczyć o nagrody, wyróżnienia, inaczej giniemy w tłumie. i macie rację, ale spójrzcie obiektywnie na pewien fakt. przyklejając dziecku słoneczko na lodówce w nagrodę za posprzątanie pokoju sprawiacie, że jutro też go posprząta. nie dla porządku, a dla słoneczka. nie będzie myślało o tym, że fajnie jest pomóc mamie ogarnąć pokój. fajnie jest dostać słoneczko. kilka słoneczek to wyjście na lody. posprzątam! to pozornie wygodne dla rodzica. dziecko znów dostaje sygnał, że musi coś zrobić, żeby coś dostać. zrobi, ale nigdy tego nie polubi. nauczycie go jedynie tego, że w życiu jest coś za coś. a potem będzie się zastanawiał, co robi źle, bo szef go nie chwali przy każdej okazji...? skoro go nie chwali, to chyba nie ma sensu się przykładać? błędne koło niespełnionego człowieka gotowe.




w tym wszystkich nie chodzi, aby dzieci nie chwalić. to nie tak. rodzic powinien doceniać trud włożony w budowanie zamku z klocków, a nie oceniać samej konstrukcji. nowe osiągnięcia, umiejętności, to wszystko wymaga zauważenia, ale niech to będzie coś więcej niż klaskanie w dłonie i "śliiiiicznieee"! jeśli jesteście z tych wylewnych, to opisujcie dziecku co widzicie, co czujecie, bądźcie ciekawi ich emocji, tego co chcą wam przekazać, nie oceniajcie na każdym kroku. 

sobota, 13 lutego 2016

cytaty z wilczej watahy. part 2.




"tapetuję" się w łazience. akurat skończyłam nakładać podkład i namazałam w kilku miejscach korektor rozświetlający. pod oczami, na nosie i brodzie. wchodzi Grześ z dzieciem na ręku.
g: o zobacz lenuś. mama jak prawdziwa skło... skło z klanu mejbelin...


cytaty z wilczej watahy. part 1.



znamy się prawie 13 lat. jesteśmy parą od prawie 12. a wciąż potrafimy razem płakać ze śmiechu. tak sobie wymyśliłam, że będą tu wrzucała tego typu kwiatki, bo je po prostu lubię. 


grześ wręcza mi zakupy z drogerii.
g: wszystko z listy kupiłem! a wiesz jak było ciężko znaleźć lakier do włosów, z tym "super stark"? 
wyciągam z torby piankę do włosów - "super stark".
ja.: grzesiu, ale to jest pianka, nie lakier.
g: no przecież mówię, że było ciężko!

czwartek, 11 lutego 2016

o pracy w hotelu słów kilka.



gdzieś przeczytałam, że nie tak dawno za granicę wyjeżdżało się za chlebem, teraz ludzie zaczynają wybywać ze strachu. patrząc co się dzieje to pozostaje tylko zarzucić sobie krzyż na plecy, tatuaż tupolewa na czoło i heja pluć jadem pod klinikę in vitro, zaraz po modłach na miesięcznicy. jako najmarniejszy politolog z możliwych nie chce mi się śledzić krajowych newsów, a te, które wyskakują mi na głównej zawsze sprawiają, że coś mi opada. ręce. szczęka. cycki. oni tak na serio...


prawie 6 lat temu byłam dobrze zapowiadającą się kasjerką z biedronki, z dyplomem magistra ma się rozumieć. tzn. byłabym, ale wyjechałam. jakieś pół roku przed obroną wymyśliłam, że berlin to dobry kierunek. to nic, że słabo znamy język. to nic, że prawie wcale go nie znamy. matura była 5 lat wcześniej. wszystko uciekło z głowy. miałam punkt zaczepienia. miałam mieć pomoc i wsparcie. miało być tak pięknie. o naiwności...
wilk nie chciał jechać. nie przepadał za moją już-nie-rodziną. wiedział co robi... miał dobrze płatną pracę, z której się zwolnił, bo rzekłam, że i tak pojadę, aczkolwiek wolałabym z nim. pojechaliśmy razem. kołdra, poduszki, kilka talerzy, parę książek, laptop. wiele dobytku nie mieliśmy.

2 tygodnie po przyjeździe miałam już pracę w hotelu. dostałam numer do firmy. ustawili mi spotkanie, ale pojechać musiałam już sama. potrafiąc się przedstawić i powiedzieć, że "nie rozumiem". wcześniej znałam stawkę za pokój. mogli mi dać do podpisania wszystko... podpisałam. 

z góry zaznaczam, że piszę z perspektywy własnych doświadczeń, hotele są różne i panują tam różne zasady. piszę tyko o tych, gdzie pracowałam.

praca pokojówki jest ciężka. nie miałam pojęcia jak bardzo. na początku człowiek jest powolny, zatem dostaje do zrobienia kilka pokoi, ale z czasem się wyrabia, a dzięki temu więcej zarabia. jak zobaczycie pokojówkę, która lata, jakby miała dodatkowy napęd to znaczy, że płacą jej od pokoju. to był zamknięty krąg. chciałeś więcej zarobić, musiałeś być szybki, bo ten kto rozdzielał pokoje nie zamierzał siedzieć z tobą do nocy. trzeba było skończyć w miarę szybko. widzieli, że dajesz radę, dostawałeś więcej pokoi do zrobienia. aczkolwiek starali się dawać po równo. różnie bywało z liczbą przydzielanych wyjazdów. tu nigdy nie było sprawiedliwie.
w hotelu większość sprzątających to były polki. trzy niemki. rosjanka. chilijka. wiele osób przychodziło tylko na chwilę, bo musieli z urzędu. tacy szybo znikali. 

niemki miały piętra bez szklanych kabin. kabiny to zmora. nie mogą mieć smug. a polerowanie szkła to czas. ból ramion swoją drogą. wkurzało mnie to, bo na ich piętra wpuszczali nas tylko, żeby je doczyścić. dostawały mniej wyjazdów. miały lżej. każdy posprzątany pokój jest sprawdzany i zgłaszany na recepcję. osoba za to odpowiedzialna nazywa się tutaj hausdame. wszystkie były fałszywie miłe, ale jedna była prawdziwą suką. właziła do jeszcze nieruszonych pokoi i kradła napiwki. to potęgowało nasz stres, bo napiwki bywały spore, biegałyśmy sprawdzać czy goście już wyszli, żeby ją uprzedzić. rozbijało to pracę. wszyscy o tym wiedzieli i nikt nic nie robił. do czasu, ale to nic nie pomogło...

prawie dwa lata pracy w hotelu dały mi w kość. tak bardzo, że po własnej nocy poślubnej(w sumie jakieś 7h!) w hotelu zdjęłam poszewki z pościeli i zostawiłam napiwek. nie umiałam inaczej. czasami, kiedy całe piętra wyjeżdżały to najlepszym napiwkiem była pościel bez poszew. jak już ręce odpadały, można było oszczędzić te 3 minuty. kiedy pot cieknie po ciele i obserwujecie skapujące krople z nosa to każdy gest sugerujący, że ktoś ma cię za człowieka, i docenia twój trud, jest mile widziany. mieliśmy czarne stroje. latem koszulki musieliśmy codziennie wymieniać, bo sól z nas samych zostawiała białe zacieki.

nasza praca rozpoczynała się odprawą, gdzie można było podpatrzeć kto ile dostał pracy. pojęczeć pod nosem, że niemki znowu mają mniej wyjazdów... braliśmy koszyki z płynami i szmatki. 10 szmatek. 2 komplety na 20 pokoi. przykładowo. po trzech pokojach szmaty były już wilgotne na tyle, że robiły smugi, rozmazywały brud. nie nadawały się do niczego. nie chodziliśmy po nowe, bo ich po prostu nie było. łazienki sprzątało się ręcznikami. jak były - to czystymi... wypolerowane szklanki czekające, aż się z nich napijecie są czyszczone czym popadnie. może ktoś się zaklnie, że nigdy w życiu, ale swoje widziałam. to jest gra na czas. były osoby, które ścierkę do szkła miały suchą i (w miarę) czystą, a były takie co polerowały używanym ręcznikiem... na początku pracy śmiałam się, że przyniosę do domu cały komplet ręczników. przecież ludzie z wakacji też przywożą. wzięłam jeden. skończył w śmietniku zaraz po tym jak zobaczyłam, że nimi sprzątamy.

płyny, których używaliśmy były bardzo silne. po tygodniu pracy miałam ręce jak bob budowniczy. żadne najcudowniejsze kremy nie pomagały. gruba i szorstka skóra, ale to było nic. po miesiącu skóra była już tak sucha, że pękała przy paznokciach. rany nie chciały się goić, bo całymi dniami były moczone i zalewany żrącymi płynami. zakładanie rękawiczek było stratą czasu. używaliśmy ich dopiero jak ręce krwawiły, żeby nie brudzić pościeli.

ból kręgosłupa nie opuszczał mnie od pierwszego dnia w hotelu, ale prawdziwy, świdrujący był dopiero przede mną. rwa kulszowa dopadła mnie niespodziewanie. zostały mi dwa pokoje do końca, a tu niewyobrażalny ból nie pozwala skończyć. koleżanka dała mi ketonal. po chwili miałam odlot, mogłam się ruszać, ale myśleć już nie. jakoś zdołałam skończyć i wrócić do domu. jak ktoś tego nie miał to nie zrozumie. nie można znaleźć dogodnej pozycji do spania. całą noc wyłam. nie miałam wtedy normalnego ubezpieczenia. trzeba było jechać do polski. po wizycie u masażysty miewam rwę kulszową na obie nogi. tak mnie ponastawiał, że teraz odkurzam w domu na kolanach, w normalnej pozycji chwila nieuwagi kosztuje mnie sporo cierpienia.

niemcy traktują cię tak, jak na to ich zdaniem zasługujesz. im bardziej kaleczysz ich język, tym gorzej dla ciebie. są mili, mniej lub bardziej. ale w głębi myślą, że przyjechał kolejny debil i muszą się z nim męczyć. w hotelu niewiele się nauczyłam. jeśli rozumieli o co mi chodzi, to nieważne jak idiotycznie było sformułowanie zdanie. nie korygowali naszych wypowiedzi, zatem znajomość języka stała w miejscu. łapałam słowa. ale kali mieć. kali widzieć krowa...
czułam się z tym źle. chciałam się uczyć. ale po przyjeździe do domu jadłam obiad i padałam na pysk. nie było jak.

pozytywnymi elementami tej pracy były jak wspomniałam małe gesty, takie jak w miarę uprzątnięty pokój, napiwki. czasami ktoś podchodził o coś zapytać, bywało zabawnie kiedy nie mogliśmy się dogadać. raz ścieliłam łóżko w otwartym pokoju. korytarzem szła matka z synem. polacy. syn patrzy na mnie i myśląc, że jestem niemką powiedział "a ta jest tylko trochę brzydka". ziomuś dzięki, włosy mokre, twarz lśni jak lustro, zasapana. tylko trochę? lowju! zatkało mnie, więc nie uświadomiłam młodzieńca, że w berlinie jest więcej polaków niż można sądzić. i tego typu kwiatki...

w domu wpojono mi zupełnie durną zasadę, że praca fizyczna uwłacza godności. teraz tak nie uważam, ale takie myślenie sprawiało, że byłam po prostu nieszczęśliwa. przecież studiowałam, żeby siedzieć za biurkiem i piłować czerwone pazury, czyż nie...? bez znajomości języka nie miałam perspektyw na nic lepszego. codziennie powtarzałam, że za miesiąc się zwalniam. góra za dwa. i tak bym pewnie pracowała do dzisiaj, aż dostałam podziękowanie za współpracę. szok. ale szybko minął, a dla mnie otworzyły się nowe możliwości. darmowe kursy językowe! przysługiwał mi zasiłek, więc nie tylko nie zginęliśmy z głodu, ale zaczęłam się uczyć. nie, żeby jakoś pilnie, ale jednak. teraz mam już pomysły na siebie i zamierzam któryś zrealizować. 

gdybym miała jeszcze raz decydować się na emigrację, to bez wahania bym to powtórzyła. jednak inaczej bym wszystko zaczęła. najpierw poszłabym na kursy językowe. potem szukanie pracy. w hotelach pracy jest dużo i od ręki. ze znajomością języka jest więcej perspektyw. niby oczywiste, ale na gorąco różnie podejmuje się decyzje. zwłaszcza jak ma się złych doradców. 


foto: freakingnews.com/funny-pictures/housekeeping-pictures.asp


poniedziałek, 1 lutego 2016

ciemna strona mlecznej drogi.



kiedy nie ma się dzieci można być już znawcą od ich wychowania. nic nowego. jestem z polski. nie znam się, więc się wypowiem. 
kiedy ma się dzieci, to już poziom ekspert, albo lepiej. czasami tylko człowiek się orientuje jak bardzo wkurwiał dzieciatych swoimi złotymi radami. jeszcze wam się tu powyżymam na temat przytulania, pozwalania, mówienia i słuchania. naczytałam się mądrych książek i może sprawię, że też po nie sięgniecie. tymczasem post o cyckach.

całe życie słuchałam mamy jak żałuje, że nie karmiła mnie piersią. próbowała, ale coś było nie halo, a położna przyszła, pościskała. padł wyrok: NIE MA MLEKA. i cześć. a zapalenie piersi wzięło się z kosmosu. czasem jedna głupota ciągnie się potem za wami całe życie. w tym wypadku cudza. chociaż jak czytam, to wciąż trafia się na niedouczone (w temacie laktacji) położne(lekarzy zresztą też).

i tak słuchałam i myślałam, że ja nie lubię żałować swoich decyzji. zrobię co w mojej mocy, żeby karmić. pół roku! w reklamach mówią, że 6 miesięcy styka.
nie oświeciłam się zbytnio w tym temacie... wielka szkoda, bo może ominąłby mnie straszny ból i morze łez.

18h porodu dało mi w kość. miałam dziecia na swojej piersi. cieszę się, że zaraz nas zawiozą do sali. potem zrobiło się czarno. a potem słyszę, że muszą mnie uśpić, bo łożysko się przykleiło. no naprawdę, daliby sobie siana...
kiedy byłam na haju dzieć dostał butlę z glukozą. wg opowieści niektórych, to dobry argument, żeby już nawet nie próbować karmienia. butla górą, szansa przepadła.

pierwsze próby odbyły się ok.3h po porodzie. oj nie szło nam. problemy z łapaniem, ssaniem. a ja się uwzięłam, żeby pić tyle płynów ile zdołam. na drugi dzień nie miałam już cycków tylko melony. i dziecku było jeszcze trudniej jeść. sutki były już pozdzierane, więc każde karmienie było w towarzystwie łez. w nocy z melonów zrobiły się arbuzy. nie żartuję. możliwe, że mówili mi, iż to nawał, ale nie znałam tego słowa po niemiecku. chodziłam do pielęgniarek pytać czy nie ma na oddziale głodnych dzieci, bo ja mogę je nakarmić. śmiały się. ale chłodnych okładów mi nie zaproponowały. a to piekło jak diabli! lipcowe upały tylko wzmagały moją mękę.

wypisałam się na życzenie trzeciego dnia. chcieli mnie poić dożylnie żelazem, ale powiedziałam, że już dłużej nie wysiedzę. na dokładkę miałam w sali sąsiadkę po części polskiego pochodzenia i tabuny jej wizytatorów mnie wykańczały. wypuścili. nie było to zbyt mądre, jak oceniam z perspektywy czasu, bo poziomu żelaza nie mogę odbudować do dziś...

w domu tragedia. piersi ogromne. twarde jak kamienie. gorące. domyślam się, że panowie już dali sobie spokój z czytaniem. i dobrze. i tak potworny ból. rwało, piekło, masakra. położna miała przyjść później, ale słysząc, że święci się zapalenie przyjechała na drugi dzień. ja w tym czasie zdążyłam 5 razy zryczeć się jak bóbr, że na pewno coś źle robię. aż wilku się wkurzył i wyczytał w internetach, że mam nawał. i to normalne. ludzie, ja umierałam!

litr mięty. masowanie pod prysznicem. zimne okłady po karmieniu. (wilczek wtedy kursował co 10 minut po nowe torebki żelowe, ale dzielny był) okłady z zimnej kapusty. kilka dni i przeszło. ale sutki dalej zdarte. jak karmiłam wyobrażałam sobie, że ktoś mnie przypala zapalniczką... do tego rwanie produkowanego na bieżąco mleka też jest specyficzne. niemiłe. na szczęście mija po kilku miesiącach. a na zdarte sutki pomogło wietrzenie i własne mleko. (piszę, bo może kogoś tym uratuję, sama nie wpadłam na takie info jak było mi potrzebne...)

dziecko przy piersi niemal non stop. oczy na zapałkach. całe szczęście wilk w domu więc przynosił mi obiad pod nos. pomagał chodzić do ubikacji, bo byłam bielsza od ściany i słaba jak trawka na wietrze. fajnie to musiało wyglądać. baba prawie 90kg i ledwo łazi, bo nie ma siły...

złote rady poszły w ruch już dawno, ale jedną chciałam wypróbować. rozrobiliśmy mieszankę dla niemowląt, chcąc napchać dziecia, żeby trochę pospał. przecież nieśpiące, wiecznie głodne niemowlę to nienormalne - mówili. dziecko MUSI przesypiać całe noce, bo inaczej jest nienormalne - mówili! ok. wzięła łyka. wypluła i zaczęła się drzeć. i tyle. nie chciała wziąć nawet smoczka do buzi. cyc ma być tu i teraz. no to był. cicho już. dziecko mądrzejsze od całej zgrai dorosłych...

karmiłam z nakładkami, bo miałam tak twarde piersi, że nie szło zrobić z niej "kanapki" jak mówiły mądre głowy. radziłyśmy sobie po swojemu. po półtora miesiąca przestałam produkować mleko na zapas i cycki zmiękły. w jeden dzień pozbyłyśmy się nakładek.

dobiłyśmy do pół roku, a ja zapomniałam, że miałam odstawiać. 
do tego zdążyłam się dokształcić w temacie własnego mleka i za żadne skarby nie zamierzałam rezygnować z cudu, który sama produkuję. czy macie pojęcie, że mleko wytwarza się dostosowane do aktualnych potrzeb dziecka? witaminy. przeciwciała. komórki macierzyste! właściwości antyseptyczne. i wiele innego dobra, które w sztucznych mieszankach nie ma i nie będzie!
to straszne, że niektóre kobiety nawet nie próbują karmić, albo zaraz po powrocie do domu przestają... 

minął rok. powoli zaczęły się pytania. "jeszcze karmisz"? jeszcze tak. 
minęło półtora roku. bliższe otoczenie już nie pyta. już nie mam zamiaru sama decydować o odstawieniu. poza tym nie wiem co będzie za miesiąc, czy za rok. 
męczy mnie to. nie raz zostałam użarta. z zaskoczenia jest tym gorzej, bo drę twarz, a dopiero potem próbuję nas rozdzielić. w nocy musi się napić. milion razy spałam w pozycji świdra. jak ząbkuje nie chce jeść nic innego poza moim mlekiem. często mam po prostu dosyć. a potem myślę, że tego co mogę jej teraz dać już nie nadrobię. substytut w postaci mieszanki mnie nie zadowala. skoro mogę. skoro wytrzymałam tyle, to niech je. na zdrowie. i nie wiem jak długo. w nosie mam czyjeś normy, estetykę i co tam jeszcze. 
sama brzydzę się własnego mleka. tak. da się! ale nie brzydzi mnie najnaturalniejszy widok na świecie. matka karmiąca to skarb. dla dziecka. 

nie myślcie, że źle oceniam rodziców, którzy nie karmią naturalnie. to nie tak. mnie się tylko nie podoba, że ktoś całkiem z tego rezygnuje. to jest trudne. tego trzeba się nauczyć. często diabelnie boli i rozumiem te, które tego nie wytrzymały. ja miałam w głowie żal mamy o niespełnionym karmieniu i pewnie dlatego wytrwałam najgorsze chwile. znam osoby, którym to przyszło zupełnie bezproblemowo, to nie jest tak, że każda przechodzi horror podobny do mojego. dopingowałam i radziłam kilku mamom, możliwe, że to pomogło, bo wciąż karmią piersią. warto się przemęczyć. warto też szukać pomocy u doradców laktacyjnych, zwykłe położne często nie mają dostatecznej wiedzy. czasami błahostka sprawia, że wszystko się wali. a wcale nie musi. 

post dedykuję hafiji. kochana wiele się u ciebie dowiedziałam, a potem przekazywałam to dalej. i nie przestanę. 

Artwork by KD Neeley